F
Właściciel niesfornego i trudnego do ogarnięcia zarostu oraz żyjących swoim życiem włosów.
Prywatnie webdesigner, projektant, grafik z masą hobby, gdzie obok między innymi lotnictwa, piw kraftowych czy whisky, znalazły się także męskie kosmetyki.
Filip
2023-04-27
Zgłaszam
Zapach whiskey – brzmi cudownie kiedy mówimy o męskim kosmetyku, szczególnie, że sam jestem smakoszem tego trunku. Dlatego jeszcze chętniej sięgnąłem po ten olejek, prawie na samym początku swojej przygody z brodą i nadal do niego chętnie wracam. Głównie jesienią, kiedy lżejsze i owocowe olejki idą w odstawkę i czekają na swoją kolej do następnego sezonu (no chyba, że mam na któryś z nich ochotę).
Jeśli kogoś skusiło “whiskey” to mam kilka słów wytłumaczenia. Nie spodziewajcie się wytrwanych aromatów szkockiej bo będzie zaskoczeni, ponieważ cyrulicy serwują nam ukłon w stronę wersji amerykańskiej czyli po prostu bourbona. Olejek miał być słodki i taki jest, dlatego wyciągnięte są typowe aromaty dla tego trunku – słodkie.
Moje najbliższe skojarzenie zapachowe to dobry wytrawny piernik, mocno korzenny, zanurzony dzień wcześniej na chwilę w bourbonie. Jest złożony, ale zachowuje ten zapach piernika, po czasie czuć lekko piżmo i skórę. Przestaje być intensywny po około 3/4 godzinach, ale zapach utrzymuje się przy skórze do tej pory. Wystarczy mocniej pomachać głową, albo przeczesać brodę delikatnie dłonią. Wtedy zapach się uwalnia.
Główne zadanie burboneski to nawilżenie skóry i wzmocnienie oraz zmiękczenie włosa. Sam olejek jest raczej tłusty i ma oleistą konsystencję, ale dobrze się wchłania. Rozcierając w palcach jedną kroplę, poczujemy śliską warstwę, która pozostaje przez jakiś czas, mimo wszystko po aplikacji na brodzie – ta nie świeci się, ale dostaje lekkiego zdrowego połysku. Zarost nie jest obciążony, dobrze się układa i nabiera objętości.
Zapach whiskey – brzmi cudownie kiedy mówimy o męskim kosmetyku, szczególnie, że sam jestem smakoszem tego trunku. Dlatego jeszcze chętniej sięgnąłem po ten olejek, prawie na samym początku swojej przygody z brodą i nadal do niego chętnie wracam. Głównie jesienią, kiedy lżejsze i owocowe olejki idą w odstawkę i czekają na swoją kolej do następnego sezonu (no chyba, że mam na któryś z nich ochotę).
Jeśli kogoś skusiło “whiskey” to mam kilka słów wytłumaczenia. Nie spodziewajcie się wytrwanych aromatów szkockiej bo będzie zaskoczeni, ponieważ cyrulicy serwują nam ukłon w stronę wersji amerykańskiej czyli po prostu bourbona. Olejek miał być słodki i taki jest, dlatego wyciągnięte są typowe aromaty dla tego trunku – słodkie.
Moje najbliższe skojarzenie zapachowe to dobry wytrawny piernik, mocno korzenny, zanurzony dzień wcześniej na chwilę w bourbonie. Jest złożony, ale zachowuje ten zapach piernika, po czasie czuć lekko piżmo i skórę. Przestaje być intensywny po około 3/4 godzinach, ale zapach utrzymuje się przy skórze do tej pory. Wystarczy mocniej pomachać głową, albo przeczesać brodę delikatnie dłonią. Wtedy zapach się uwalnia.
Główne zadanie burboneski to nawilżenie skóry i wzmocnienie oraz zmiękczenie włosa. Sam olejek jest raczej tłusty i ma oleistą konsystencję, ale dobrze się wchłania. Rozcierając w palcach jedną kroplę, poczujemy śliską warstwę, która pozostaje przez jakiś czas, mimo wszystko po aplikacji na brodzie – ta nie świeci się, ale dostaje lekkiego zdrowego połysku. Zarost nie jest obciążony, dobrze się układa i nabiera objętości.























