Opinia o kartach pracy... a raczej moje wynurzenia i trochę o kartach :D
Chciałam przede wszystkim nie leżeć więcej bezsennie o 3 w nocy, zamartwiając się rzeczami, które mogą nadejść.
To znaczy: 3 w nocy nie była jedyną godziną na zmartwianie, co to, to nie, ale to ona najbardziej zapadła mi w pamięć jako symbol mojej przypadłości.
Zawsze byłam osobą nadmiernie wszystko analizującą, jednak przez różne sytuacje w życiu stan ten pogorszył się tak bardzo, że zaczęłam go w głowie nazywać "patologicznym zamartwianiem się".
Stan ten połączony jest nierozerwalnymi więzami z paraliżem decyzyjnym, niemożnością poprawy czegoś i pójścia naprzód, bo jak można mieć siły i czas na coś, skoro głowa zaprzątnięta jest kompulsywnym myśleniem, aż zaczyna boleć. A skoro nic się nie poprawia, a wręcz pogarsza, to daje to jeszcze więcej powodów to zamartwiań, co w konsekwencji drenuje ciało i umysł, aż człowiek jeszcze bardziej zapada się w to mentalne bagno, tak że coraz trudniej się z niego wykaraskać.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że do zakupu kart zachęciło mnie jedynie postanowienie pracy nad sobą. Z pewnością jakąś rolę w tym odegrała potrzeba wydania pieniędzy, która to choć na chwilę daje iskierkę zadowolenia. No i były tanie, w końcu niecałe czterdzieści złotych to cena jak za jedną książkę, a tutaj mamy obietnicę, że może być to inwestycja w lepszą przyszłość - tak sobie usprawiedliwiałam zakup.
No i kupiłam, a potem przez pierwsze dni nawet tam nie zajrzałam.
To znaczy - przejrzałam jedynie i pomyślałam: bardzo estetycznie zrobione, może sobie wydrukuję, a może będę robić na tablecie. A potem jak zwykle nie było dobrego momentu, by przysiąść.
W końcu jednak się zebrałam i zrobienie pierwszego zadania dało mi bodziec, by zdziałać coś jeszcze.
Wyszłam na spacer.
Być może dla osoby, która zdobywa szczyty i myśli, jak zoptymalizować dzień, by osiągać całe 210% zamiast 200%, wyda się to śmieszne i nieznaczące, jak komar siedzący na słoniu.
Jednak gdy ktoś ma chaos w głowie i przestrzeni, musi rozplątywać go stopniowo, delikatnie ciągnąc za nitkę, by jeszcze bardziej nie zacisnąć tej plątaniny.
Alternatywą na tamten moment było siedzenie i myślenie. Ewentualnie siedzenie i oglądanie jakichś głupot w internecie. A siedzenie nie jest zdrowe samo w sobie, nie mówiąc już o siedzeniu w przykulonej pozycji, w jaką często zapada się człowiek pogrążony w pesymizmie. Wobec tej alternatywy spacer to zdecydowanie (dosłownie i w przenośni) dobry krok ku lepszemu.
Podczas tego spaceru uświadomiłam sobie coś dołującego.
Pół roku wcześniej, gdy panowały siarczyste mrozy, a temperatura w naszym regionie spadła do nawet -30, jeździłam na nartach, nie mogąc skupić się na tej czynności, bo głowę zalewała mi fala negatywnych myśli.
Teraz, w skwarze lipcowego słońca, gdy termometry dobijały do +37, te same myśli zaprzątały mi świadomość.
Pół roku. Różnica temperatur o niemal 70 stopni (!!!). A w mojej głowie wciąż ten sam klimat.
Świadomość ta mnie poraziła, wiedziałam jednak, że nie wolno dawać tej myśli zbyt wiele przestrzeni. Samobiczowanie się zawsze prowadzi tylko w dół, jeszcze głębiej w tę spiralę pesymizmu, nigdy w górę.
Uzupełnianie kart daje chociaż chwilę wytchnienia od tego siłowania się z własnymi myślami. Zrobienie z tego rutyny to mała przystań, na której można zakotwiczyć swój umysł.
W kartach pracy podoba mi się też ustrukturyzowana dowolność - można nie robić zadań po kolei, tylko wybrać takie, na które mamy w tym momencie siły i/lub ochotę, lecz musi być to zadanie z etapu, na którym się teraz znajdujemy. To sprawia, że nie mam poczucia bezcelowości i chaosu, lecz zmierzania w jakimś kierunku.
Wiele zadań z pierwszego etapu wciąż mnie przerasta, ale będę próbować.
Nie wiem, czy uda mi się zrobić wszystkie. Wiem jednak, że jeśli nie, to nie będzie wina samego produktu, lecz mnie.
Z napisaniem tej opinii też długo zwlekałam, ale w końcu się udało, więc bądźmy dobrej myśli.