Podobno za tym mlekiem stoi gospodarstwo, które bardziej przypomina spa niż zwykłą farmę. Krowy chodzą gdzie chcą, wchodzą kiedy chcą, a na uszach mają coś na kształt słuchawek, w których leci spokojna muzyka — zero stresu, tylko chill. Każda ma swojego opiekuna: jeden wachluje, drugi drapie za uchem, trzeci pilnuje, żeby żadna mucha nie miała złych zamiarów. Podobno nawet mają swoje „ulubione miejsca”, gdzie stają i nikt im nie mówi, że mają się ruszyć.
I efekt jest taki, że to mleko smakuje jakby powstało w warunkach absolutnego komfortu — dopracowane, pełne, bez cienia pośpiechu czy przypadku.