Jako mama 5-latka, który co jakiś czas przynosi do domu różne znaleziska, nadając im rangę skarbów, odkryć naukowych albo eksponatów muzealnych, uważam, że to pozycja wręcz obowiązkowa.
Nie tylko z punktu widzenia małego odkrywcy, ale również rodzica, który czasami przeżywa lekkie zakłopotanie z każdym kolejnym przyniesionym do domu winniczkiem, świerszczem, patykiem „bardzo wyjątkowym” czy kamykiem, który absolutnie musi zostać z nami na zawsze.
To książka, która pięknie trafia w dziecięcą ciekawość świata. W ten moment, kiedy zwykły spacer zamienia się w wyprawę badawczą, a kawałek kory, ślad w ziemi albo robak pod liściem stają się początkiem serii pytań, na które rodzic nie zawsze ma gotową odpowiedź. I właśnie za to bardzo ją doceniam — nie wyśmiewa tej dziecięcej fascynacji, tylko traktuje ją serio, ale lekko, z humorem i ciepłem.
Podoba mi się też, że ta książka pomaga dorosłym spojrzeć na świat oczami dziecka. Bo dla nas to często „tylko patyk”, „tylko kamień” albo „błagam, nie przynoś tego do domu”. Dla dziecka to może być miecz, skamielina, dom dla robaka, dowód w ważnym śledztwie albo największe odkrycie dnia.
To jedna z tych książek, które naprawdę warto mieć w dziecięcej biblioteczce — szczególnie jeśli w domu mieszka mały przyrodnik, kolekcjoner kieszeniowych skarbów i specjalista od pytań zadawanych w najmniej spodziewanym momencie. Ostrzegam tylko uczciwie: po lekturze liczba patyków i kamyków w domu może nie zmaleć. Ale jest spora szansa, że zaczniemy patrzeć na nie z trochę większą cierpliwością.👍️