Przez lata byłem wierny grillowi węglowemu. Rozpalanie, dmuchanie, machanie kawałkiem kartonu, sprawdzanie, czy już jest odpowiedni żar, a na koniec obowiązkowy zapach dymu we włosach i ubraniach. Myślałem, że tak po prostu musi wyglądać grillowanie.
Potem pojawił się Broil King Royal 390 Shadow. I nagle okazało się, że grill może być gotowy do pracy szybciej niż ja zdążę przynieść mięso z lodówki.
Pierwsze odpalenie? Klik... i działa. Przez chwilę byłem przekonany, że coś zrobiłem źle, bo gdzie jest rytuał walki z ogniem? Gdzie są trzy podpałki, pół paczki zapałek i sąsiad z dobrą radą? Nic z tych rzeczy. Gaz po prostu robi swoje.
Największym zaskoczeniem okazała się jednak temperatura. Zamykasz pokrywę, ustawiasz palniki i... po prostu działa. Bez zgadywania, bez przesuwania węgla łopatką i bez modlitwy o równomierny żar.
Czy czegoś mi brakuje z grilla węglowego? Owszem. Tylko wspomnień. Bo za zapachem dymu w ubraniach, godziną rozpalania i czarnymi rękami po węglu jakoś szczególnie nie tęsknię.
Ocena końcowa: 10/10.
Jedyny minus? Teraz rodzina uważa, że skoro grillowanie jest takie łatwe, to mogę robić grilla w każdy weekend. I niestety... mają rację 😊🔥💪